// Oddział Mazowiecki Polskiego Towarzystwa Informatycznego
gazeta

Bieżące informacje o działaniach, inicjatywach i spotkaniach organizowanych przez Oddział Mazowiecki PTI oraz ogłoszenia i informacje dla członków Oddziału.

// Aktualności

Klub Informatyka: "Mamo, kup mi flasha!" (relacja)

10.10.2006

Odsłon: 613

Poniższy artykuł został przygotowany przez kol. Ewę Mizerską i opublikowany w serwisie Gazeta IT (www.gazeta-it.pl)

 

Syn informatyka idzie do szkoły, czyli krótka historia edukacji informatycznej młodego człowieka

 

Ewa Mizerska

 

Zaraz za progiem, już w pierwszej klasie nasza latorośl zostaje zapisana na „kółko komputerowe”, którym pani dyrektor chwaliła się na spotkaniu informacyjnym dla rodziców przyszłych pierwszaków. Mały ma w domu komputer „od zawsze” i posługuje się nim ze sporą wprawą. Wie, co mu wolno, a czego nie wolno – zadbał o to tata, któremu maszyna służy głównie do pracy, więc wdrożenie elementarnych zasad bezpieczeństwa było absolutnie konieczne. Tata ma nadzieję, że na kółku dzieciak dowie się czegoś więcej i bardziej systematycznie.

 

Po kilku miesiącach okazuje się, że zajęcia polegają głównie na graniu w gry. Nauczyciel – pan, który przed reformą uczył w starszych klasach fizyki, a teraz para się głównie przyrodą – nie bardzo wie, jak zorganizować czas przy komputerze gromadzie rozbrykanych maluchów. Co podejdzie do jednego, żeby coś mu pokazać czy wyjaśnić, reszta natychmiast traci wątek. W efekcie dzieciaki zajmują się głównie graniem. Na szczęście zestaw tych gier jest pod ścisłą kontrolą.

 

W czwartej klasie zaczęły się regularne lekcje przedmiotu o nazwie „informatyka”. Jest do tego nawet podręcznik, a dzieci mają założone zeszyty. Wychowawczyni na zebraniu rodziców długo rozwodziła się nad tym, że lekcje te są bardzo potrzebne w edukacji dzieci w dzisiejszych czasach. Dlatego pani dyrektor przeznaczyła na informatykę dodatkowe godziny, które ma do swego rozporządzenia. Wskutek tego uczniowie będą mieli po jednej godzinie informatyki tygodniowo klasie czwartej, piątej i szóstej, czyli do samego końca podstawówki.

 

Chłopiec niechętnie relacjonuje tacie, czego uczy się na lekcjach. Najczęściej stwierdza, że „niczego szczególnego”. W zeszycie też niewiele zapisuje, bo, jak twierdzi, nie ma po co zapisywać oczywistości. Rozmowa z nauczycielem ujawnia, że dzieci mają nauczyć się nazywać poszczególne części komputera (monitor, mysz, …), uruchamiać wskazany program, wybierać opcje z menu itp. Innymi słowy to wszystko, co dziecko umie wykonać, bo przecież czyniło to wielokrotnie od kiedy złapało mysz i dotknęło klawiatury – teraz musi zostać usystematyzowanie, nazwane, formalnie opisane i w tej postaci zapamiętane. Będzie klasówka, która sprawdzi tę wiedzę.

 

Oczy taty-informatyka ze zdumienia i przerażenia stają się coraz bardziej okrągłe. Nauczyciel też jest zakłopotany. Zdaje sobie sprawę, że większość uczniów na lekcjach się nudzi, a formułek typu „jak uruchomić program” i tak się na pamięć nie nauczy. Niestety, podstawa programowa wypełniona być musi. No i są jeszcze uczniowie spoza tej świetnie obytej grupy. Dzieci, które nie mają w domu komputera, nie używają go na co dzień, niektóre nawet trochę się boją. To dla nich właśnie, tak naprawdę, są lekcje. Reszta powinna zrozumieć sytuację, i po prostu nie przeszkadzać; mogą sobie pograć w coś nieszkodliwego.

 

Najgorzej bywa w gimnazjum. Wiadomo, trudny wiek, bunt i kontestacja wszystkiego, co „wciskają” dorośli. Młodzież takie postawy prezentuje przy każdej możliwej okazji, również na lekcjach informatyki. Nauczycielka jest trochę bezradna, choć próbuje trzymać fason. Uczy chemii, a dodatkowo dostała polecenie skończenia kursu, po którym może prowadzić także informatykę. Informatyków z wykształceniem kierunkowym było w szkole już kilku, ale żaden nie wytrzymał dłużej niż rok. Nie ma się co dziwić, w końcu praca z młodzieżą (zwłaszcza w TYM wieku) to zupełnie co innego niż spokojne programowanie w jakiejś firmie. O różnicy w zarobkach nie wspominając.

 

Efekt jest taki, że pani chemiczka-informatyczka każe uczniom coś robić, a oni to robią albo nie, zależnie od tego, czy zadanie wyda im się interesujące. Najczęściej nie jest interesujące, bo ćwiczenia sprowadzają się do pisania w Wordzie, liczenia w Excelu, formatowania wydruku, zrobienia jakiegoś wykresu. Nuda. Z tą nudą dzieciaki radzą sobie po swojemu: odbezpieczają wyjście do Internetu, co pozwala buszować tam, gdzie nie wolno; ściągają filmy i muzykę; czatują; randkują; grają; instalują najróżniejsze „użytki” nie zawsze pewnego pochodzenia. Kiedy w szkolnej pracowni ujawnił się jakiś wirus, siejąc spustoszenie na dyskach i unieruchamiając sieć, przez cały miesiąc był spokój (czytaj: nie było lekcji). Nauczycielka, nie mając żadnego fachowego wsparcia, próbowała samodzielnie zainstalować od początku Windowsy na serwerze i końcówkach, poustawiać zabezpieczenia i hasła, skonfigurować oprogramowanie. Udało się dopiero z pomocą taty-informatyka, który, zaniepokojony tym stanem rzeczy, wziął trzy dni urlopu i doprowadził wszystko do porządku.

 

Tata-informatyk postanowił również nie liczyć już na szkołę w zakresie informatycznej edukacji syna. Zainstalował w domu środowisko LOGO, aby młody mógł sobie potrenować i wziąć udział w konkursie. Poza tym pokazał mu jeden ze swoich programów w C++, dał prostą procedurę do zaprogramowania, pomógł zacząć. Chłopak złapał bakcyla.

 

Teraz młody jest już w liceum, oczywiście w klasie matematyczno-informatycznej. Większość kolegów z klasy (i koleżanek też) to tacy sami komputerowi maniacy, którzy mają tatusiów-informatyków, lub mieli szczęście trafić na naprawdę dobrze prowadzoną informatykę w gimnazjum. Na lekcjach już całkiem na serio uczą się algorytmiki i programowania, czyli tego, co ich interesuje. Mają też dodatkowy, „uczniowski” serwer, administrowany przez studenta-absolwenta, na którym mogą robić niemalże co chcą – jednak administrator, choć w sumie jest tylko trochę starszym kolegą, wprowadził (i egzekwuje!) twarde zasady bezpieczeństwa. Rozważali też kwestie prawne związane użytkowaniem programów i korzystaniem z zasobów Internetu – całkiem na serio i na życiowym przykładzie: ktoś przedstawił jako własne ściągnięte z netu wypracowanie.

 

Nareszcie nazwa przedmiotu odpowiada jego treści: informatyka jest informatyką, nie zaś, jak we wcześniejszych etapach edukacji, „używaniem komputera w różnych celach”. To drugie nazywa się „technologią informacyjną” i jest realizowane w klasach o innych profilach, bo przecież przyda się również przyszłym biologom i humanistom. Teraz najważniejsza jest matura. Nasz syn-uczeń musi pojąć decyzję, czy będzie zdawał informatykę. Jest jeden argument „za”: serce się wyrywa. I dwa „przeciw”: po pierwsze matura z informatyki może być zdawana tylko na poziomie rozszerzonym, więc każde powinięcie nogi jest potencjalnie bardzo niebezpieczne, a doświadczenia zeszłoroczne wskazują, że i ze sformułowaniem zadań może nie być najlepiej; po drugie matura z informatyki jest wymagana przez uczelnie (obok matematyki) tylko na kierunki ściśle informatyczne, zresztą zamiennie z fizyką, para matematyka+fizyka daje więc możliwość startowania na większą liczbę kierunków, zwłaszcza technicznych.

 

Komentarz
Powyższy tekst powstał jako refleksja po spotkaniu warszawskiego Klubu Informatyka PTI (10 października 2006), które poświęcone było nauczaniu informatyki w szkołach. Oto wypunktowane wnioski z tego spotkania:

 

  1. Należy poprawnie nazwać nauczane przedmioty. Nazywanie przedmiotów nauczanych w szkole podstawowej i w gimnazjum „informatyką” jest nieporozumieniem. W istocie jest to „technika informacyjna” lub „technologia informacyjna”.
  2. Nauczanie myślenia algorytmicznego („algorytmicznego rozwiązywania problemów”), zawarte w podstawie programowej dla gimnazjum, powinno zostać skorelowane z wprowadzeniem elementów logiki na matematyce.
  3. O ile to tylko możliwe, należy uczyć posługiwania się różnymi środkami techniki informacyjnej (różne edytory tekstu, różne arkusze kalkulacyjne, różne przeglądarki, różne programy pocztowe, itp.). Niestety, obecnie uczniowie najczęściej posługują się produktami jednej firmy.
  4. Należy działać na rzecz rozszerzenia oferty edukacyjnej w dziedzinie informatyki (nie „technologii informacyjnej”) na poziomie gimnazjum. Mogą to być autorskie programy nauczania, zajęcia fakultatywne, kółka. Programy takie istnieją, zostały przedstawione na spotkaniu Klubu.
  5. Konkurs dla uczniów gimnazjów, o randze dającej laureatom wstęp poza rankingiem do wybranego liceum, powinien wymagać posługiwania się strukturalnym (obiektowym?) językiem programowania. Obecnie jedynym takim konkursem w dziedzinie informatyki jest „Logia”, w której uczniowie wykorzystują język LOGO – którego znajomość nie jest im potrzebna, ani tym bardziej rozwijana, a liceum.
  6. Zarządzanie infrastrukturą informatyczną szkoły. Obecnie nauczyciel informatyki, poza pracą dydaktyczną, obciążany jest zadaniami związanymi z utrzymaniem komputerów i sieci. Jest to sytuacja niewłaściwa! Prace administratorskie powinny być powierzone wyspecjalizowanemu personelowi technicznemu lub firmie zewnętrznej.
  7. Wyposażenie niestandardowe. Zakupy wyposażenia przeznaczonego dla techników, liceów profilowanych, a także/zwłaszcza dla szkół przyjmujących dzieci niepełnosprawne - winny być każdorazowo konsultowane z nauczycielami tych szkół. (W dyskusji podano przykłady zakupów dokonanych przez ministerstwo/kuratorium? wyposażenia nie odpowiadającego potrzebom szkoły).

Kategorie: Klub Informatyka Tagi: 2006, edukacja, sprawozdania